Beczka, Wisła i krótka historia nadziei
24 października 1901 roku Annie Edson Taylor, sześćdziesięciotrzyletnia nauczycielka z Michigan, weszła do drewnianej beczki i dała się spuścić z wodospadu Niagara.
Większość ludzi w tym wieku życzy sobie zdrowia, spokoju i ewentualnie szybkiego terminu do lekarza. Pani Taylor postanowiła sprawdzić, czy da się przeżyć upadek z wodospadu w beczce po ogórkach, wyłożonej poduszkami. Była to, trzeba przyznać, dość oryginalna metoda radzenia sobie z lękiem przed przyszłością. Taylor przeżyła. Liczyła na sławę i pieniądze. Sławę dostała, z pieniędzmi poszło gorzej. Życie bywa niesprawiedliwe nawet wobec ludzi, którzy właśnie spadli z wodospadu.
Sto dwadzieścia pięć lat później, 24 października 2026 roku, w Krakowie odbędzie się inne przedsięwzięcie oparte na skoku w nieznane. O 20.15 Wisła Kraków zagra z Rakowem Częstochowa. Nie będzie drewnianej beczki ani bezpiecznych poduszek. Będzie twarda murawa, zimne światła stadionu i tłum na SOLD OUT ARENA.
W Krakowie łatwo rozpoznać Wiślaka. Czasem po szaliku, czasem po koszulce, a czasem po sposobie, w jaki na pytanie o plan na sobotni wieczór odpowiada krótko: „Idę”. Nie musi dodawać, gdzie. Wiadomo: na Reymonta. Jeśli ktoś zaproponuje mu coś innego, może jeszcze przez chwilę udawać, że rozważa tę możliwość. Ale to tylko uprzejmość. W głowie jest już na stadionie.
Dla czytelników spoza Krakowa:
W Krakowie istnieje wiele sposobów na spędzenie sobotniego wieczoru.
Można pójść na pięćdziesiąte urodziny kolegi do baru, do którego schodzi się po schodkach w dół.
Można przejść się bez celu Alejkami Grottgera, usiąść na ławce przy ulicy Rzecznej albo oprzeć się o wiatę na pętli na Widoku i czekać na kolejny tramwaj do miasta.
Można też pojechać na Reymonta. Wiem, że z punktu widzenia człowieka z zewnątrz wybór ten bywa trudny do wyjaśnienia. Z punktu widzenia kibica nie wymaga wyjaśnień. Człowiek może nie wiedzieć, co zrobić ze swoim życiem, ale przynajmniej wie, gdzie będzie w sobotę o 20.15.
Annie Edson Taylor miała własny plan. Uważała, że niezwykły wyczyn w beczce pozwoli jej zarobić na spokojniejsze życie. Beczka była jednocześnie środkiem transportu, pomysłem biznesowym i deklaracją wiary we własne szczęście. Wyszła z niej żywa, ale nie wyszła bogata. Historia zapamiętała ją jako pierwszą osobę, która przeżyła spadek z wodospadu Niagara w beczce po ogórkach. Nie zapewniła jej jednak finansowego bezpieczeństwa.
Kibic Wisły powinien rozumieć tę historię. Można przetrwać upadek, można płynąć w dół przez wiele sezonów, ale też pamiętać mistrzostwa i znać nazwiska zawodników, których młodsi kojarzą już tylko z archiwalnych nagrań. Wierność nie jest wymienialna na punkty. Stadion nie prowadzi księgi zasług, w której po odpowiedniej liczbie rozczarowań automatycznie przyznaje się zwycięstwo.
To zresztą jedna z wielkich zasług futbolu. W psychoanalizie człowiek płaci za godzinę, żeby opowiedzieć komuś o swoich problemach. Na stadionie może przez dziewięćdziesiąt minut krzyczeć o problemach, których nie ma, używając słów, których nie powinien używać, a po zdobyciu gola walić bezkarnie po plecach zupełnie obcych ludzi. Następnie wraca do domu z poczuciem, że przynajmniej w jednej dziedzinie życia zachował pełną szczerość. Psychoanalityk zapewne miałby na ten temat kilka uwag, ale trudno sobie wyobrazić, żeby powiedział je równie głośno i dosadnie jak kibic z sektora obok.
Przywiązanie do Wisły nie bierze się wyłącznie z wyników. Bierze się z topografii miasta. Z drogi prowadzącej na stadion, z osiedli, z których w sobotę ruszają grupy kibiców, z rozmów prowadzonych w pracy i przy rodzinnych stołach. Bierze się z tego, że dla wielu ludzi Wisła nie jest jednym z wielu sposobów spędzania wolnego czasu. Jest czymś odziedziczonym, choć nie zawsze świadomie. Ojciec nie musi wygłaszać wykładu o historii klubu. Wystarczy, że zabierze dziecko na mecz. Trybuny podejmą się edukacji. W przeciwieństwie do szkoły stadion nie wystawia ocen, ale potrafi przygotować człowieka do radzenia sobie z rozczarowaniem na poziomie, którego nie przewiduje żadna podstawa programowa.
Annie Taylor weszła do beczki, ponieważ chciała zmienić swoje życie. Kibic Wisły nie musi aż tak wiele ryzykować. Wystarczy, że pojedzie na Reymonta, zajmie swoje miejsce i pozwoli, by mecz na chwilę uporządkował jego sobotni wieczór. Przez dziewięćdziesiąt minut nie będzie musiał myśleć o rachunkach, o pięćdziesiątych urodzinach kolegi ani o tym, że w poniedziałek znów będzie poniedziałek. Będzie miał znacznie poważniejszy problem: dlaczego trener nie zrobił zmiany dziesięć minut wcześniej.
Taylor miała beczkę, a kibic ma Reymonta. Ona chciała przeżyć coś, o czym będzie mówił świat. On chce przeżyć coś, o czym będzie mówił cały świat Wiślaka: kilku znajomych, może sąsiad z klatki obok, a przede wszystkim on sam, jeszcze długo po ostatnim gwizdku.
To skromniejsza ambicja. I prawdopodobnie dlatego tak trudno z niej zrezygnować.
Annie Edson Taylor potrzebowała beczki, żeby przekonać się, jak nieprzewidywalny jest absurdalny rejs w beczce. Wiślak nie potrzebuje nawet beczki. Wystarczy mu terminarz.
