Czekamy na wiatr co rozgoni ciemne skłębione zasłony

W sobotnie popołudnie na plac gry w Kielcach wyjdzie drużyna Białej Gwiazdy, upokorzona pucharową porażką i, jak należy przypuszczać, zdecydowana zrobić wszystko, abyśmy znowu uwierzyli na moment, że tym razem będzie inaczej.


Nie wiem, dlaczego wciąż w to wierzę. Mam przecież wystarczająco dużo lat, żeby wiedzieć, że futbol jest dziedziną, w której człowiek najczęściej płaci za swoje nadzieje własnym ciśnieniem oraz solidną dawką medykamentów. A jednak za każdym razem zaczynam od nowa.


Znowu wyjściowa jedenastka wzbudzi uczucia mieszane. Znowu od piątej minuty pojawią się głosy optujące za rychłą zmianą tego czy innego zawodnika. Znowu ktoś uzna, że trener nie rozumie (właściwie „nie rozumi”) futbolu. Ktoś inny, że rozumie, ale nie TEN futbol. Wreszcie pojawi się zarzut stronniczości arbitra, który – jak zwykle – prawdopodobnie będzie miał przeciwko nam również poglądy polityczne i niewłaściwy stosunek do Krakowa.

Czyli normalna sobota.


Pogoda zapowiada się wietrzna. Kielce, nasze polskie Windy City, zamierzają ponownie udowodnić, że powiedzenie „piździ jak w kieleckiem” nie jest tylko prymitywną obserwacją meteorologiczną człowieka, który wyszedł bez kurtki, lecz posiada pewne podstawy naukowe.

I właśnie tutaj, zupełnie niespodziewanie, wkracza Wiley Post.


5 września 1934 roku amerykański pilot Wiley Hardeman Post wzbił się nad Chicago na wysokość około 12 kilometrów. Wiley Post był człowiekiem przekonanym, że skoro coś jest niebezpieczne, zimne i pozbawione tlenu, to należy sprawdzić, czy da się tam polecieć.

Wiley Post należał do tej szczególnej odmiany ludzi, którzy patrząc na problem, nie pytają: „Czy powinniśmy to zrobić?”, tylko: „Czy mamy wystarczająco dużo paliwa, żeby to zrobić?”

Podczas swoich lotów interesował się prądami powietrznymi. Okazało się, że na dużych wysokościach atmosfera potrafi poruszać się tak szybko, że samolot może uzyskać znaczną dodatkową prędkość względem ziemi.

Wiatr. Darmowe paliwo.

To oczywiście nie jest naprawdę darmowe paliwo, ponieważ fizyka nie zna pojęcia „darmowe”, a ja od dawna podejrzewam, że również w życiu nic nie jest darmowe (oprócz kopniaka w tyłek w nocy w okolicach Plant). Zwykle rachunek przychodzi później.


Ale dla samolotu jest to rzeczywiście niezwykła sytuacja: odpowiednio ustawiony względem prądu powietrza może poruszać się szybciej bez zwiększania mocy silnika.

I wtedy pomyślałem:

A gdyby tak Wisła?

Wiem. To nie jest szczególnie rozsądne pytanie.

Większość ludzi po przeczytaniu historii Wileya Posta pomyślałaby o rozwoju lotnictwa, meteorologii albo skafandrach ciśnieniowych. Ja natomiast pomyślałem o meczu Wisły w Kielcach. To prawdopodobnie wyjaśnia, dlaczego nie zostałem naukowcem i kolejnym polskim noblistą.

Czy Wisła złapie więc swój kielecki jet stream?

Czy wiatr, który normalnie służy mieszkańcom Kielc głównie do przeklinania, tym razem okaże się naszym sprzymierzeńcem?


Czy Letkiewicz poda ciętym podaniem piłkę pod takim kątem, że atmosfera zrobi resztę?


Czy Rodado znajdzie się dokładnie tam, gdzie powinien, a następnie wykona ten jeden ruch, którego od napastnika oczekuje się od czasów, kiedy ludzie przestali polować na siebie włóczniami?

A może, co jest również możliwe, piłka poleci trzy metry nad bramką, Rodado spojrzy w niebo, trener spojrzy na Rodado, ja spojrzę na psa i wszyscy zgodnie uznamy, że sędzia powinien był jednak odgwizdać faul?

Nie wiem.

I właśnie dlatego oglądam piłkę.

Wiley Post miał swoją Winnie Mae. My mamy Wisłę. On miał jet stream. My mamy kielecki wiatr i dziewięćdziesiąt minut, podczas których będziemy próbowali przekonać samych siebie, że tym razem wszystko ma sens.


Być może nie będzie miało.

Być może Biała Gwiazda znowu będzie musiała wznieść się niczym Wiley Post na wyżyny, żeby zdobyć coś, co normalny człowiek uznałby za podstawowy rezultat meczu piłkarskiego.

Ale może właśnie o to chodzi.

Może futbol polega na tym, że człowiek wie, iż prawdopodobnie znowu się rozczaruje, a mimo to w sobotę po południu siada przed telewizorem i zaczyna od nowa. Ja też zacznę.

Z niepokojem, oczywiście. Nie chciałbym przecież przesadzać z optymizmem.

Wystarczy mi zwycięstwo. Najlepiej skromne 4-0.

Chociaż, znając życie, w 17. minucie będę już żałował, że kiedykolwiek uwierzyłem w piłkarski jet stream. Ale może tym razem wiatr rzeczywiście będzie po naszej stronie.

I jeśli wszystko pójdzie dobrze, po sobotnim meczu okaże się, że również w piłce nożnej czasami nie trzeba mieć najmocniejszego silnika.

Wystarczy złapać dobry wiatr.
A potem już tylko lecieć.
Najlepiej w górę tabeli.

Czytaj też Wiślaku

Wiślackie Newsy
Wiślackie Newsy
Cenny remis kapitana