Wisłę mą widzę ogromną

31 października 1901 roku, w krakowskim Teatrze Miejskim, wydarzyła się rzecz, która w polskiej kulturze miała znaczenie większe niż premiera kolejnego przedstawienia. Stanisław Wyspiański przygotował sceniczną wersję „Dziadów” Adama Mickiewicza.

Po raz pierwszy wszystkie cztery części dramatu, napisane w różnych okresach życia poety, zostały połączone w jeden teatralny organizm. Wyspiański ciął, skracał, przestawiał akcenty, by wreszcie zakomunikować Józefowi Kotarbińskiemu (stryjowi Tadeusza Kotarbińskiego), dyrektorowi Teatru:
„Panie Szanowny – Dzieło ukończone”.

Wyspiański podjął ryzyko i udowodnił, że narodowy monument to żywy teatr.
Nie była to praca człowieka idącego na kompromis. Był to gest Artysty, który uznał, że klasyka nie musi być martwa, żeby zasługiwała na szacunek.

Teatr mój widzę ogromny,
wielkie powietrzne przestrzenie,
ludzie je pełnią i cienie,
ja jestem grze ich przytomny.

Cięcie.


Sto dwadzieścia pięć lat później.
Z Krakowa wyruszy Wisła.
Jedzie do Poznania.
Na mecz.
Z Lechem.

Gwizdek sędziego przeszyje gwar na Bułgarskiej.

Grają – tragedię mąk duszy
w tragicznym teatru skłonie,
żar święty w trójnogach płonie
i flet zawodzi pastuszy.

Kraków – historia pięknie się splata: Teatr im. Juliusza Słowackiego, Wawel, plac Na Groblach, Reymonta. Każde z tych miejsc jest rodzajem pamięci zbiorowej, choć nie każde pamięta w ten sam sposób.


W teatrze pamięć to tekst, gest i światło. Po prostu spektakl.


Na stadionie pamięć to śpiew, barwy, wynik i emocje, których trudno wyjaśnić komuś, kto nigdy nie stał w tłumie kilkudziesięciu tysięcy ludzi świadomych tego, że nie przyszli oglądać spektaklu. Przyszli go współtworzyć.

W sobotę Wisła pojedzie do Poznania. Lech jest liderem, gra u siebie i ma za sobą zwycięstwo nad Legią. Grał na obcej ziemi, w warunkach, w których formalne decyzje pozbawiły jego kibiców możliwości dopingu.


Krakowianie przyjadą po wygranej z Rakowem, wytarganej w ostatniej akcji meczu.
Dwa zespoły, które nie potrzebują dodatkowej motywacji.


Poznań nie jest miejscem, w którym Wisła może liczyć na sentyment. Lech ma własną historię, własną dumę i własną publiczność, która nie przyjechała na stadion, by podziwiać cudze tradycje.

Przy Bułgarskiej historia nie będzie miała znaczenia.

I może właśnie to jest najciekawsze w tym zestawieniu.

Wyspiański w 1901 roku nie wystawił „Dziadów” po to, by publiczność mogła wygodnie rozpoznać znane fragmenty.


Podjął próbę stworzenia nowego doświadczenia z materiału, który wszyscy uważali za dobrze znany. Wziął dramat, który był już częścią polskiej pamięci, i sprawdził, czy potrafi przemówić do współczesnych.


Wisła, jadąc do Poznania, stoi przed podobnym – nie mniej doniosłym – zadaniem.

Nie wystarczy przypominać, kim była. Trzeba pokazać, kim jest teraz.
31 października to dzień, w którym Kraków może przypomnieć sobie jedną ze swoich wielkich teatralnych premier, a Wisła – spróbować napisać własną, sportową scenę.

To nie będzie narodowy dramat. Nie będzie też rozrachunku z historią.
Będzie mecz.
Nie potrzeba suflerów.
Na scenę wyjdą Lech i Wisła.

A przez dziewięćdziesiąt minut wszystko, co zostało napisane wcześniej, będzie musiało ustąpić miejsca temu, co wydarzy się na boisku.

Wisłę mą widzę ogromną.
I niech taką zobaczy Poznań.

Czytaj też Wiślaku

Wiślackie Newsy