Człowiek rozsądny nie powinien chodzić na derby
6 listopada 1869 roku w New Brunswick w stanie New Jersey Rutgers pokonał Princeton 6:4 w spotkaniu uznawanym za początek futbolu amerykańskiego.
Po dwudziestu pięciu zawodników w każdej drużynie, okrągła piłka i zasady, które dzisiejszemu kibicowi futbolu amerykańskiego mogłyby przypominać połączenie piłki nożnej z rugby. Rutgers mieli powód do rewanżu. Trzy lata wcześniej Princeton pokonał ich w baseballu 40:2. To wynik, po którym gracz nie tyle chce dalej trenować, ile rozważa zmianę nazwiska i dyscypliny sportowej.
Lubię tę historię z jednego i pół powodu: nikt z uczestników nie mógł wiedzieć, że tworzy historię. Chłopcy chcieli po prostu pograć. Tak zaczyna się większość wielkich ludzkich przedsięwzięć. Najpierw ktoś chce pokonać sąsiada zza miedzy, później sięga dalej w poszukiwaniu rywali. Przyznam, że jest mi bliska ta mało wzniosła geneza wielkich rywalizacji. Nie zawsze zaczynają się od szlachetnych ideałów. Czasami wystarczy, że ktoś nas kiedyś upokorzył, a my nie mamy zamiaru zapomnieć. Wet za wet.
Kraków zna ten mechanizm całkiem dobrze.
6 listopada 2026 roku Wisła podejmie Cracovię.
Ilekroć próbuję spojrzeć na mecz Wisły z dystansu, przypominam sobie, że dystans w przypadku Derbów jest podejrzanym wynalazkiem.
Człowiek musi zachować rozsądek wobec politycznych awantur, sporu o trybunalskie etaty, liczenia quorum jak i własnych decyzji życiowych, ale wystarczy nieuznany rzut karny, żeby epikureizm trafił szlag i filozofia człowieczeństwa legła w gruzach.
Nie jest to może powód do dumy. Ale nie jestem pewien, czy wszystko, co w życiu wartościowe, musi być powodem do dumy.
Wisła i Cracovia pasują do siebie niemal idealnie. Oba kluby powstały mniej więcej w tym samym roku, gdy Kraków należał jeszcze do otuliny austro-węgierskiej. Od tamtej pory zmieniły się granice, państwa, ustroje i pokolenia, a spór o starszeństwo trwa w najlepsze. Rok 1907 odbija się niektórym czkawką się niczym księżyc w kałuży.
Tymczasem w piątek wieczorem znów będziemy ustalać nie tyle PESEL obu bohaterek, ale to która z nich będzie uznawana do wiosny za Pierwszą Damę Krakowa.
Ktoś spoza Krakowa uzna te wszystkie zabiegi za absurd. Sam czasami tak uważam. Szczególnie wtedy, kiedy przypominam sobie, że człowiek ma ograniczoną liczbę lat na ziemi, a znaczną ich część potrafi poświęcić na analizowanie ustawienia obrony przed stałym fragmentem gry w meczu sprzed ośmiu lat.
Ale i tak jestem nieufny wobec ludzi z Krakowa, którzy twierdzą, że nie interesuje ich piłka nożna. Podobnie obawiam się tych, którzy namiętnie rozwiązują sudoku lub spedzaja czas na działce. Z nimi nigdy nic nie wiadomo: mają ładnie poukładany świat pod swoją kontrolą. Do czasu.
Kibicowanie jest natomiast ćwiczeniem z utraty kontroli. Wchodzimy w emocjonalną relację z grupą ludzi, których w większości nigdy nie poznamy. W zbiorowym amoku wydaje nam się że to my kierujemy grą („podejżesz mu!” „wychoć! wychoć!”), sędziujemy („faul!”, „spalony!”, renkaa-renkaa!”).
A po porażce czujemy się tak, jakbyśmy osobiście uśpili swojego pupila. Zresztą, czy nie na tym polega część przyjemności kibicowania? Na możliwości wyrażania opinii bez konieczności ponoszenia odpowiedzialności za jej konsekwencje. Człowiek, który przez całe życie nie prowadził nawet szkolnej drużyny ringo, potrafi w ciągu trzydziestu sekund ustalić, dlaczego szkoleniowiec powinien zostać zwolniony. To niezwykła demokratyzacja wiedzy. Być może jedyna, która rzeczywiście działa.
W amerykańskiej opowieści o Rutgers i Princeton najbardziej interesuje mnie to, że rywalizacja istniała przed pierwszym meczem futbolowym. Piłka nie stworzyła konfliktu. Stworzyła nową formę rywalizacji.
Podobnie jest w Krakowie. Wisła bez Cracovii byłaby nadal Wisłą, Cracovia bez Wisły nadal Cracovią. Ale nie byłyby dokładnie tymi samymi klubami, ponieważ część ich znaczenia powstała w relacji z przeciwnikiem. To myśl, która nie wszystkim musi się podobać. Łatwiej wyobrażać sobie rywala jako kogoś zupełnie zbędnego, najlepiej takiego, kto pewnego dnia przestanie istnieć.
Problem polega na tym, że wraz z nim zniknęłaby część sensu naszych własnych zwycięstw. Zwycięstwo nad przypadkowym przeciwnikiem np. Legią czy innym KSZO jest zwykłym rezultatem. Zwycięstwo nad Odwiecznym i Młodszym Rywalem Zza Błoń staje się opowieścią, którą można przekazywać kolejnym pokoleniom.
W 1869 roku Rutgers pokonał Princeton 6:4.
Gospodarze górą! Oby w piątek było podobnie.
Tymczasem kibice zajmą miejsca, trenerzy przygotują swoje plany, a komentatorzy wyćwiczą zestaw komunałów: „derby rządza się swoimi prawami” czy „obie drużyny przystępują do walki nie tylko o trzy punkty ale o prymat w Grodzie Kraka”, „oby to był mecz walki ale jedynie na murawie”.
A potem zabrzmi pierwszy gwizdek i człowiek, który jeszcze przed chwilą zachowywał resztki godności, zacznie tłumaczyć sędziemu zasady gry. Głośno, dosadnie, wymachując pięścią. Trudno powiedzieć, co jest bardziej przerażające: że uważa się za eksperta, czy że przez chwilę naprawdę wierzy, iż sędzia go słucha.
W sobotę rano znów będzie rozsądny. Kupując kajzerki, starannie odliczy należną kwotę. Przechodząc przez Aleje, rozejrzy się trzy razy. Będzie przestrzegał zasad, unikał ryzyka i wszelkiej przesady.
Ten stan potrwa do następnych derbów.
Uważam, że człowiek rozsądny nie powinien chodzić na derby. Z drugiej strony, człowiek rozsądny nie powinien również palić, łazić po nocy z wypchanym portfelem, oczekiwać resetu w Trybunale czy pić ciepłe piwo.
A jednak cywilizacja Człowieka Nierozsądnego trwa a na Reymonta wciąż sold out.
Dlatego Derby odbywają się w Krakowie.
To jedyne miasto, w którym człowiek może stracić rozum, a następnego ranka uznać, że jednak miał rację.
