Wisła kontra Wisła a wygra Wisła

Piątek. Dzień już krótszy o półtorej godziny, choć wciąż dłuższy o ponad siedem.


Ten rodzaj światła – lekko przygaszony, ale jeszcze letni – zawsze sprzyja wypoczynkowi. A kanikułę najlepiej spędzać nad rzeką. Wisłą.


Dziś pełny stadion zasiądzie nad Wisłą tą krakowską, która niesie w sobie melancholię miasta, i tą płocką, bardziej surową, bardziej północną. Ich delta znajdzie dziś swoje ujście przy Synerise Arenie.


Wieczór zapowiada się jak spektakl, który nie potrzebuje reżysera. Pełny stadion, pełna mobilizacja, ten rodzaj napięcia, który w piłce nożnej pojawia się rzadko – zwykle wtedy, gdy kibice czują, że coś więcej niż wynik jest na szali. Czujne oko kibica wyłowi z rozgrzewki swoich ulubieńców, ale też tych, którzy ostatnio wystawili cierpliwość na próbę. W Krakowie dyskusje o ocenach piłkarzy mają w sobie coś z antycznej szkoły filozoficznej: subiektywne, gorące, czasem nieprzejednane, zawsze gotowe rozpalić emocje wśród ludzi, którzy byli na tym samym wydarzeniu, a widzieli zupełnie inne rzeczy.

Bo futbol – jak każda gra masowa – nie kończy się z gwizdkiem sędziego. Gwizdek jest tylko sygnałem, że zaczyna się coś innego: tygodniowe potyczki słowne, jeremiady, akty lokalnej dramaturgii. „To dopiero trzecia kolejka” – zabrzmi jak dzwon we wpisach kibiców.

Trzecia kolejka, mówią starzy bywalcy smętnych barów, jest zdradliwa. Po trzeciej kolejce może być już tylko gorzej – „barman, lej dalej” – albo może przyjść cudowne otrzeźwienie: „barman, płacić! jestem fertig”.

Data dzisiejszej potyczki imienniczek nie jest przypadkowa. Siedemdziesiąt lat temu, 7 sierpnia 1956 roku, w Fenway Park wydarzyło się coś, co w amerykańskiej mitologii sportowej uchodzi za moment przekroczenia granicy między areną a publicznością. To, co Jerzy Grotowski później opisywał w swoich manifestach – zacieranie podziału między sceną a widownią – Ted Williams, gwiazdor Red Sox, zrozumiał intuicyjnie, w sposób brutalny i bezpośredni.

Tego dnia 36 350 osób buczało na Williamsa. Buczało, gdy źle zagrywał, buczało nawet wtedy, gdy zagrywał dobrze. Wściekłość w nim narastała jak w aktorze, który wie, że publiczność przyszła nie po sztukę, lecz po wyrok. Idąc do ławki, Williams odwrócił się i splunął na tłum. Nie raz. Drugi raz wyszedł z ławki tylko po to, by upewnić się, że gest został dobrze odczytany. Pluł na niesprawiedliwy osąd publiczności, na jej kaprysy, na jej prawo do natychmiastowego potępienia.

Po ukaraniu finansowym powiedział: „Wcale nie żałuję tego, co zrobiłem. Miałem rację i znów splunąłbym na tych samych fanów, którzy dziś mnie wygwizdali. Nikt mnie nie powstrzyma przed pluciem.” To była deklaracja człowieka, który zrozumiał, że w sporcie – jak w teatrze – publiczność nie jest tłem. Jest współtwórcą.

Siedemdziesiąt lat później emocje znajdują swoje ujście nie w ślinie, lecz w komentarzach. W ocenach, w tabelkach, w dyskusjach, które potrafią być równie bezlitosne jak tamto buczenie w Fenway Park.

Dziś Wisła ma przed sobą kolejny test, a jej kibice – kolejną okazję, by współtworzyć spektakl.

Oby po tym meczu była zgoda co do wysokich not piłkarzy Jedynej Wisły. Choć, jak wiemy z historii, zgoda między areną a publicznością jest zawsze tylko chwilowa. I właśnie dlatego sport żyje.

Czytaj też Wiślaku

Wiślackie Newsy
Artykuł Partnera