Czas skończyć z przekleństwem ósmego maja
Tego wyjścia z domu nie trzeba uzasadniać – bo są dni, które nie należą do kalendarza, lecz do Historii.
Dni, w których człowiek nie idzie na stadion, lecz pielgrzymuje.
Dni, w których Reymonta nie jest ulicą, lecz świątynią, a jupitery nie są lampami, lecz gwiazdami zwiastującymi przeznaczenie.
O dziewiątej wieczór Kraków rozświetli się jak miasto oczekujące na objawienie. Braknie miejsc. Braknie tchu. Braknie słów. A ci, którzy przyjdą za późno, odejdą spod stadionu z kwitkiem i z ciężarem w sercu, który będzie im towarzyszył do końca życia.
„Nie powtórzę tego błędu” – ta myśl będzie dudnić w ich głowach jak dzwon Zygmunta.
Bo od lat wiadomo, że 8 maja 2026 roku nie jest zwykłą datą. To przedsmak fety (nie chodzi o ser), zapowiedź triumfu, preludium do wejścia do piłkarskiej Walhalli Nieśmiertelnych.
Za tą bramą czeka hymn Ligi Mistrzów, czekają europejskie potęgi, czekają oczy kamer, których Wisła nie widziała od lat.
A jednak nad tym dniem unosi się cień. Cień długi i niepokojący – jakby piłkarski bóg chciał sprawdzić, czy Wisła jest gotowa.
Bo 8 maja to dzień przeklęty.
W 1913 roku – upokorzenie w derbach z sąsiadką zza miedzy, rana zadana prosto w wiślackie serce w pierwszym meczu Mistrzostw Galicji.
W 1938 – sześć bolesnych ciosów od Warty Poznań, jakby duch futbolu zadrwił z Wisły.
W 2021 – Lech wywozi zwycięstwo z Reymonta, zostawiając po sobie spaloną ziemię.
Cięcie.
2026 rok.
8 maja.
Mrok spowija miasto, ale jest jedno jasne miejsce w Grodzie Kraka: R22.
Doping jakiego świat nie widział…
Niech więc drużyna, niesiona szalonym wsparciem kompletu widzów, podniesie miecz i przetnie tę klątwę. Niech wymaże z kart historii ten czarny dzień, niech zamieni go w złoto, niech sprawi, że odtąd 8 maja będzie nie przekleństwem, lecz świętem.
Cóż szkodzi wbić sześć bramek naszym gościom? Cóż szkodzi zakończyć ten pierwszoligowy epizod jasnym, donośnym, niepodważalnym przesłaniem do całej piłkarskiej Polski:
„Bójcie się, asy – idziemy do Ekstraklasy!”